Gdzie, jak i od kogo uczyć się toczenia na kole?

Moim zdaniem z kołem garncarskim jest trochę jak z butami do biegania, łyżwami albo super ekstra wypasioną rakietą do tenisa.

Zanim zainwestujecie w swoje własne (czyli wybierając porządny sprzęt pozbędziecie się z konta min. 4 tysięcy złotych) warto zobaczyć czy to technika dla Was i czy na dłuższą metę sprawia Wam frajdę, a więc dalej – używając sportowej metafory (z której jestem szalenie dumna) – wypożyczyć łyżwy albo zobaczyć czy starczy Wam motywacji na więcej niż dwa joggingi 😉

Na pytanie „gdzie?” odpowiem więc: u kogoś w pracowni. Niestety z toczeniem na kole jest trudniej niż z lepieniem z wałeczków czy płata, bo nie da się go trenować przy stole w jadalni. Nie da się go też nauczyć z książki, czy ebooka – trzeba usiąść do koła i zatopić ręce w glinie.

Czy dacie radę nauczyć się sami?

Nie mówię, że to niemożliwe (mój tata w latach 80tych sam zrobił sobie pierwszą deskę windsurfingową, uszył do niej żagiel, a potem nauczył na niej pływać tak skutecznie, że nad Zegrzem pokazywali go sobie palcami, ale mój tata to jedyny w swoim rodzaju kochany dziwak). Na swoim własnym przykładzie powiem Wam, że trudno jest opanować pracę na kole bez wskazówek i nauczyciela. Sama próbowałam to robić przez pół roku, korzystając z koła, które stało w pracowni domu kultury. Coś tam z tego wychodziło, coś tam usiłowałam zrozumieć z rozlicznych filmików z youtube, ale prawdziwy, żywy nauczyciel, który pokaże odpowiednie ruchy i na bieżąco skoryguje błędy, jest nie do zastąpienia.

Dlatego sugerowałabym zacząć od znalezienia choćby podstawowego kursu, a potem pracowni z dostępem do koła.

Poczytajcie o kursach dostępnych w Waszej okolicy, celowałabym w te w mniejszych grupach (więcej uwagi nauczyciela skupi się na Was!) albo sprawdzone przez Waszych znajomych lub znajomych znajomych.*

*Ja mogę Wam z całego serca polecić plener ceramiczny w Beskidzie Niskim prowadzony przez Jurka Szczepkowskiego (sekunda w google naprowadzi Was na dobry trop). A jeśli jesteście z Trójmiasta to koniecznie rozważcie odwiedziny u Kasi Szczepańskiej z Pure Clay. Kasia ma przytulną, kameralną pracownię, ogromną widzę i nieprzebrane pokłady cierpliwości. Jeśli jesteście z Warszawy to (ekhm) na Woli jest podobno jedno fajne miejsce! 😉

Polecam też przeczytać lub dopytać jaki będzie program warsztatów, czyli np. wykonanie jakich naczyń jest w planie zajęć!

Moje warsztaty obmyślone są tak: na pierwszym spotkaniu skupiamy się na miskach i czarkach, kolejne spotkanie poświęcone toczeniu upływa pod znakiem kubków z uchem, następnie bierzemy na warsztat wazoniki, by nauczyć się wyciągać wąskie kształty, potem dwa rodzaje pojemników, by wreszcie zabrać się za imbryk! W tak zwanym międzyczasie stopniowo zwiększamy ilość gliny, bierzemy na tapetę talerze albo robimy mały skok w bok by poeksperymentować z technikami zdobienia (np. sgraffito).

Moim zdaniem jeśli pod okiem nauczyciela dojdziecie to etapu imbryka, to jesteście gotowi do wylotu z gniazda 😉 Imbryk oznacza, że znacie wszystkie najważniejsze garncarskie „chwyty” i techniki, i teraz pora na wysiadywanie godzinek przy kole (widzicie tę ptasią metaforę jaką tutaj zbudowałam?).

Jeśli macie opanowany imbryk i tak się składa, że dysponujecie kawałkiem przestrzeni w garażu czy piwnicy, a przy tym czujecie, że koło to coś dla Was – zainwestujcie we własne koło i kręćcie dalej!

P.S Ten tekst to fragment ceramicznego ebooka nad którym właśnie pracuję. W ramach bloga, będę się z Wami dzielić kolejnymi jego fragmentami. Jeśli chcesz być na bierząco z kolejnymi wpisami, zjedź na dół strony i zapisz się do mojego newslettera!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.